Eli - horror od Netflixa

Eli - horror od Netflixa

Netflix

"Eli" - najnowszy horror od Netflixa. Czy warto go obejrzeć? Koniecznie sprawdźcie moją opinię!

Pamiętacie, jak pisałam o „Ciszy” od Netflixa? Nazwałam go kubkiem melisy i jednym z najnudniejszych horrorów. Jednak po zobaczeniu trailera „Eli”, postanowiłam dać drugą szansę. Zwłaszcza, że film powstał pod okiem reżysera od „Nawiedzonego domu na wzgórzu” – mojego ulubionego horror-serialu.

„Eli” to przede wszystkim niesamowity potencjał historii: mamy niepewność, nagłe, straszne sceny i te, które trzymają w napięciu prawie do samego końca. Dokładnie – prawie. Zacznijmy jednak od początku. Recenzja zawiera spoilery, więc dalszą część czytacie na własną odpowiedzialność!

Na dobry początek – straszna choroba

Już w pierwszej scenie filmu poznajemy chłopca o imieniu Eli. Cierpi on na straszną i dziwną chorobę, która zmusza go do całkowitej separacji od świata zewnętrznego. Unika on powietrza, a także wody, które powodują na jego ciele wyraźne rany i ból. Pojawia się jednak światełko w tunelu - kuracja, która może pozwolić mu wrócić do normalnego życia. Oprócz nietypowego leczenia chłopiec doświadcza dziwnych wizji i zjaw. Znając upodobanie reżysera nie byłam zdziwiona, że wszystkie te tajemnicze istoty widzi tylko tytułowy chłopiec.


(fot. Filmweb)

Wszystko właściwie mogłoby okazać się świetnym horrorem: mamy tutaj jednak wolno rozwijającą się akcję i… mocno niedopracowaną fabułę. Na tyle mocno, że sama nie do końca zrozumiałam, czego właśnie świadkiem byłam. Pierwszą teorią było zaufanie lekarzom: leki mogą powodować halucynacje. Szybko jednak możemy się dowiedzieć, że to nie to. Drugą teorią był fakt, że chłopiec może być antychrystem. Dlaczego więc dowiadujemy się, że jest więcej takich, jak on?

Na mniej dobry koniec – zakończenie

W horrorach nie znoszę jednego: nudy. A właśnie to dostałam oglądając propozycję od Netflixa. Najdziwniejsze jest to, że nagły zwrot akcji pod koniec filmu jest w stanie nam wynagrodzić godzinę nudy, to jednak sam koniec… jest niezrozumiały i niedopracowany. Jakby sam reżyser był zaskoczony, że musi już kończyć i scena była nakręcona na szybko.

Oczywiście Eli nie cierpi na żadną chorobę autoimmunologiczną (o czym był przekonany przez ostatnie 4 lata swojego życia), a okazuje się być synem szatana. Czyżby „uczulenie” i wszelki ból okazał się być ogniem wychodzącym z jego wnętrza? Teoria, że reaguje tak na stres nie ma sensu: kiedy chował się przed zjawą w szafie i walczył o przetrwanie nie doznał żadnych nieprzyjemnych skutków wynikających z „choroby”.


(fot. Filmweb )

„Eli” pozostaje więc tak naprawdę tajemnicą do końca. Co prawda dowiadujemy się o chłopcu najważniejszej części – jak np. to, że może on poznać swojego ojca – to tak naprawdę nie wiemy wielu innych rzeczy, które mogłyby zmienić moją opinię o tym filmie.

 

Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy Gwiezdne wojny: Przebudzenie m...

"Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy": odgrzewanie kotletów cz...

"Kimi no na wa" "Kimi no na wa"

Słyszeliście kiedyś o "Kimi no na wa" albo "Your name"? Prze...

Komentarze

Zapisz się do naszego newslettera

Zapisz się i otrzymuj jako pierwszy informacje o promocjach i nowościach!